03/07/2026
Kolo na północ.🇧🇻🇧🇻🇧🇻🇧🇻
Poranek był ciężki od chmur, a asfalt błyszczał jeszcze po nocnym deszczu. W powietrzu wisiała cisza tych dni, które nie pytają, czy jesteś gotów — po prostu otwierają drogę.
Skarbnik klubu Right Riders Katowice, zwany przez wszystkich Kolo, siedział już za sterami swojego motocykla. Przed nim nie było zwykłej trasy. Przed nim rozciągała się pierwsza w jego klubowej i motocyklowej historii wyprawa, która miała zapisać się w pamięci jak najpiękniejsza pieśń o wolności.
Jednak w tę drogę nie ruszał całkiem sam.
Przez pierwsze kilometry towarzyszył mu vice prezydent Right Riders Katowice — Kołocz. Dwa motocykle przecinały śląskie drogi niczym bracia podróżnicy, których połączyła pasja, przyjaźń i klubowe barwy. Nie było potrzeby wielu słów. Warkot silników mówił za nich wszystko. Było w tym geście coś więcej niż zwykłe odprowadzenie — był szacunek, wsparcie i symboliczne przekazanie pałeczki temu, który właśnie wyruszał spełniać swoje marzenie.
Po kilku wspólnych kilometrach nadszedł moment rozstania.
Kołocz uniósł dłoń w motocyklowym pozdrowieniu, a Kolo odpowiedział tym samym. Chwila trwała ledwie kilka sekund, lecz pozostanie w pamięci na długie lata. Jeden zawrócił ku codzienności, drugi ruszył ku przygodzie.
Silnik zamruczał głęboko, jakby sam wyczuwał wagę chwili.
Za plecami zostawał Śląsk — znajome drogi, obowiązki i liczby, które przez lata sumował jako skarbnik. Przed nim czekały tysiące kilometrów, promy przecinające chłodne morza, szwedzkie lasy pachnące żywicą i wreszcie Norwegia — kraj, gdzie góry spotykają się z niebem, a fiordy wyglądają jak ślady pozostawione przez samych bogów.
Każdy kilometr odbierał mu trochę zwykłości, a dodawał odrobinę legendy.
Mijał miasta, granice i kolejne wschody słońca. Deszcz stukał w kask niczym bębny zwiastujące przygodę. Wiatr szarpał kurtkę, ale nie był przeciwnikiem — był towarzyszem podróży. Motocykl niósł go dalej, wiernie i spokojnie, jak koń dawnych wędrowców.
I wiedział.
Że wróci bogatszy nie o pieniądze, które tak pieczołowicie liczył jako skarbnik, lecz o coś znacznie cenniejszego — o drogę, której nie da się zamknąć w żadnym budżecie. Bo tego dnia Kolo nie pojechał tylko do Norwegii. Tego dnia, żegnany przez Kołocza i niosąc ze sobą ducha całego klubu, stał się częścią wielkiej motocyklowej legendy Right Riders Katowice. A gdzieś pomiędzy śląskim asfaltem a norweskimi fiordami narodzi się historia, którą jeszcze przez wiele lat będą opowiadać przy klubowym ognisku, gdy dźwięk silników ucichnie, a pozostaną już tylko wspomnienia. 🏍️🇵🇱🇳🇴